sobota, 9 lutego 2013

Prolog.

           -Mamo, mamo, kto to ?- mały pyzaty chłopiec przyglądając się gościom, ciągnie rudowłosą kobietę za rękaw bluzy. Jego włosy, będące zawsze w nieładzie teraz zdawały się wręcz sterczeć w zupełnie różne strony, a brązowe oczy z zaciekawieniem obserwowały małą brunetkę uczepioną do nogi wysokiej blondynki. W drzwiach Ginny Potter przywitała wesoło uśmiechniętą, starzejącą się z godnością kobietę.
-Mary, jak się ciesze- Ginny przytuliła podstarzałą kobietę i zaprosiła ją do środka. Mieszkanie Potterów było przytulne, w odcieniach brązu i karmelu, zachowało jednak nutę elegancji -Tyle razy ci pisałam, żebyś nas przynajmniej odwiedziła. Jamie, to moja przyjaciółka Mary i jej córka Amy.- powiedziała wskazując drogę do salonu, gdzie bawiła się malutka Lily z Albusem.
-Wiem Ginny, ale miałam pracę, obowiązki. A teraz mamy zamiar z Amy wprowadzić się do mieszkania na Grimmauld Place- usiadła na beżowej kanapie w salonie państwa Potterów , lekko obejmując dłonią dziewczynkę.
-Nie będzie wam tam trochę samotnie?- dopytywała Ginny siedząc na przeciwległym fotelu. Albus już dawno pobiegł na wyższe piętro, zaraz po chwili za nim James. Została jedynie Lily, wciągając się na oparcie fotela mamy i wesoło się na nim bujając. -Wiesz i jeszcze te wszystkie przytłaczające obrazy rodzinne. Syriusz mówił, że nie da rady ich zdjąć i jedynie je zasłaniał.
-Nic podobnego. Znam kilka przydatnych zaklęć, a jeśli się nie uda, to wynajmie się jakąś specjalistyczną firmę.-zaśmiała się cicho i wypiła spory łyk gorącej herbaty.
-Wiesz, że wraz z Amy zawsze jesteście mile widziane u nas w domu- Ginny uśmiechnęła się szeroko i przyjrzała się bliżej czarnowłosej dziewczynce -To Amy, ile masz już lat?- rudowłosa kobieta uśmiechnęła się do niej jeszcze szerzej
-Dziesięć- mruknęła cicho z czerwoną, zawstydzoną twarzyczką.
-To tak jak James i Domini..- rudowłosa dziewczynka prawie krzyknęła spadając z oparcia na podłogę. Szybko jednak wstała otrzepała sukieneczkę i uśmiechnęła się eksponując brak jednej z dwójek.
-Właśnie Lily zabierz Amy na górę i pobawcie się z chłopakami- Ginny wskazała głową na schody, z których akurat zszedł zaspany Harry Potter. Na widok blondynki z dzieckiem uśmiechnął się niesamowicie szeroko, prawie równie co Ginny. Przypatrywał się małej dziewczynce w wyobraźni stawiając obok niej Syriusza i wyłapując wszystkie szczegóły.
-No idźcie dziewczynki- powtórzyła i dwie niziutkie osóbki wbiegły na schody. Amy usłyszała jeszcze jedynie przytłumione
-Jest bardzo do niego podobna-wypowiedziane niskim męskim barytonem. Na pewno pana Harrego, pomyślała i nadstawiała uszy, by dosłyszeć coś jeszcze.
-Wiem- odpowiedział kobiecy głos zapewne jej mamy.
           -Ej Amy, gdzie mieszkałyście wcześniej? Daleko?- brunetka mogła śmiało stwierdzić, że Lily odziedziczyła po mamie nie tylko jaskrawo rude włosy, a także gadatliwość. W drodze po schodach na trzecie piętro zdążyła wypytać już o niemal wszystko, nawet o takie drobnostki jak ulubione owoce, czy kolory.
-We Francji z babcią.- stanęły przed zamkniętymi drzwiami pokoju jednego z chłopaków. Lily bez wahania otworzyła otworzyła je i wskoczyła na pobliskie łóżko odbijając się na nim kilka razy. Obok owego mebla, na ziemi siedziała dwójka braci. Czarnowłosa lekko zawstydzona ze spuszczoną głową weszła za rudowłosą i usiadła zaraz obok niej.
-Amy, to jest James, a to Albus. Nie przejmuj się tym co zazwyczaj mówią, to głupki.-Lily szybko oberwała poduszką od starszego z braci i zaczęła się śmiać ze zirytowanej miny rodzeństwa.
-Ruda wiewióro, dzieci tu głosu nie mają- Amy zaśmiała się cicho, wraz z chłopakami, kiedy Lily nadęła obrażona policzki eksponując znajdujące się na nich piegi.
           Amy doskonale pamiętała tamten dzień. Po raz pierwszy spotkała rodzinę Potterów i polubiła ich niesamowicie. Jednak największą nić porozumienia udało jej się nawiązać z Jamesem. Jeszcze tego samego dnia wycięła wraz z nim Albusowi kawał, który po naskarżeniu usłyszał tylko że Amy ma w sobie kwintesencje z Syriusza. Mała brunetka nie była tego do końca pewna, nigdy nie spotkała ojca, ale z opowieści mamy wiedziała, że był wspaniałą sobą i genialnym czarodziejem, więc za każde słowa porównawcze ją do taty dziękowała z szerokim uśmiechem.
           Mary wraz z Amy prawie codziennie odwiedzały posiadłość Potterów. Głównie z mniej ważnych powodów, a to właśnie odrywają obraz ze ściany i jest za głośno w mieszkaniu od krzyków, a czasem po prostu mała brunetka stęskniła się za przyjaciółmi. Święta Bożego Narodzenia spędzili w Norze. Amy szybko odnalazła się w przyjaznej atmosferze domu Weasley'ów i polubiła niemal wszystkich. Może za wyjątkiem wymądrzającej się, kilka lat młodszej Rose i Molly, która co chwilę wypytywała o życie we Francji. O którym Amy wiedziała naprawdę mało, mieszkały tam nie dłużej niż rok. Babcia Molly, jak kazała na siebie mówić mimo braku pokrewieństwa niezmiernie przyjaźnie przyjęła Mary i Amy, co chwilę wypominając jaka to brunetka nie jest podobna do ojca pod każdym względem. Zresztą, każdy tak uważał i po kolei wymieniał co nowe to cechy łączące dziewczynkę z ojcem.
           Wraz z Fredem i Jamesem w Wigilijny wieczór przykleili Hugona i Lily do krzeseł różdżką wujka George'a. Niestety, przypadkiem trafili także w krzesło wujka Billa. Amy nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś na nią tak nawrzeszczał ale mimo to, wraz z równie zbesztanymi chłopakami uznała, że warto było. Dziewczynka mogła śmiało przyznać, że uwielbia się wygłupiać.
Jeszcze tego samego wieczora, trójka zamknęła się w jednym z pokoi i żartowała na tematy raczej powściągliwe. Amy kilka razy kopnęła, a to Jamesa, a to Freda za obrażenie jej lub powiedzenie czegoś dziwnego. Czasami do drzwi dobijali się Lily z Hugonem, czy też Albus i Rose. Nie wpuścili nikogo, to był czas dla nich.
-James, to prawda, że drugie imię masz po moim tacie? - Czarnowłosa zapytała wpatrując się srebrnymi oczami w bruneta. Fred z zaciekawienia przestał gwizdać i zaczął również wpatrywać się w chłopaka.
-Tak, tata mówił, że Syriusz był jego ojcem chrzestnym.- powiedział uśmiechając się szeroko. W Amy zapaliła się kontrolka, dlaczego ona jeszcze tak mało wie o swoim tacie? Uśmiechając się dalej złapała za jedną z przyniesionych przez nich poduszek i rzuciła nią w Freda śmiejąc się do rozpuku z miny rudzielca.
           Stała przed pociągiem i żegnała się z mamą. Była dumna. Już nie jest dzieckiem. Idzie do Hogwartu. Zadzierała nos wysoko nawet, kiedy ledwo udało jej się wciągnąć bagaż do maszyny, a starsi uczniowie odpowiadali chichotem na jej odmowy przy chęci pomocy. Lekko zagubiona maszerowała wzdłuż korytarzyka szukając jakiegoś wolnego przedziału, ledwo radząc sobie przy przechodzeniu między ludźmi. Czarne włosy co chwile zasłaniały jej widok, niesfornie układając się na oczy.
-Amy, Amy!- rozejrzała się w poszukiwaniu jakże znajomego głosu i ku zaskoczeniu dobiegał z miniętego przez nią przedziału. James stał w towarzystwie Freda przy drzwiach i machał do niej wesoło. Pacnęła dwójkę na powitanie w głowę.
-Mogliście na mnie poczekać- dodała i zajęła miejsce przy oknie. Dołączyły do nich także dwie dziewczyny ze starszych roczników, bo w expresie zabrakło wolnych miejsc.
-Hej dzieci, do jakich domów chciałybyście trafić?- zapytała uśmiechnięta miło brunetka, wcześniej wesoło trajkocząca z przyjaciółką. Turkotanie pociągu wprawiało Amy w chorobliwie nerwowy nastrój i na sam głos dziewczyny zmarszczyła zirytowana brwi.
-Do Gryffindoru- Fred jako pierwszy odpowiedział, a dwójka towarzyszy mu przytaknęła.
-Ale Hufflepuff jest lepszy! Jest weselej i bliżej z pokoju wspólnego do kuchni, a puchonów wszyscy lubią.- powiedziała druga z szerokim, nienaturalnym wręcz uśmiechem na twarzy.
-Ja tam was jakoś nie lubię- warknęła Amy zachowując powagę, kiedy dwójka chłopców wybuchnęła śmiechem. Starsze dziewczyny nie odezwały się do nich, aż do końca podróży.
           Zamek z perspektywy niziutkiej Blackówny wydawał się ogromny. Chyba był największym budynkiem, jaki miała okazję zobaczyć w calusieńkim życiu. Wznosił się ponad jeziorem masywnie, mimo że góra pod nim zdawała się rozpadać on stał pewnie i na samą myśl, że będzie mogła wejść na najwyższą wierzę i obejrzeć widok z góry młodą czarodziejkę przeszedł dreszcz emocji i podniecenia. Amy nie bała się ryzyka i była pewna, że w krótkim czasie namówi chłopaków do towarzyszenia jej. Do głowy wpadł jej pomysł naplucia komuś na głowę z jednej z wież.
           -Boisz się, Amy?- James szturchnął ją w ramie, kiedy siedzieli już przy stole, a do tiary przydziału podchodzili kolejni uczniowie. Spojrzała na niego dopiero po chwili rozumiejąc sens słów bruneta.
-Nie!- odpowiedziała pewnie, mimo że ręce trzymane pod stołem drżały jej niemiłosiernie. Co jeśli będzie ślizgonką? Większość Blacków była w Slytherinie, a ci wszyscy czczący krew czarodzieje nie zareagują zbyt dobrze na córkę zdrajcy krwi tak wysokiego rodu. Jeszcze gorzej, jeśli będzie puchonką i te dwie dziewczyny z przydziału będą ją dręczyć! Amy, na Merlina opanuj się, powtarzała w głowie i przerażona stwierdziła, że ma jedynie 25 % szansy na dostanie się do Gryffindoru.
W końcu przyszła jej kolej. Na dźwięk nazwiska „Black, Amy” cała sala zamilkła, a pierwsze szepty pojawiły się dopiero po dłuższej chwili, kiedy siedziała już na krześle. Jej ręce zacisnęły się mocno na stołku i ze zdenerwowania zaczęły go drapać krótkimi paznokciami. Czuła, że siedzi tu dłużej niż ktokolwiek inny do tej pory. W głowie słyszała skrzeczące pomrukiwanie tiary, jednak nie umiała się skupić i zrozumieć co ona szepcze. Na myśl przyszedł jej tata, czy on też się tak czuł? Z daleka widziała Jamesa, siedział z zamkniętymi oczami i przygryzał wargę-też się o nią bał, zaś Fred z szeroko otwartymi ślepiami wyglądał jak niemrugająca żaba.
-GRYFFINDOR- zagrzmiała tiara, a Amy jak na skrzydłach podbiegła do wiwatującego stołu. Usiadła na pierwszym wolnym miejscu i od razu została zalana pytaniami. Ku uciesze dziewczynki, nim zdążyła pozbierać myśli i uspokoić emocje odezwała się wysoka blondynka uciszyła zgraję pytających. Tak, Amy nikomu w tym momencie nie była tak wdzięczna, jak Victorie Weasley. Siedzący obok niej, wesoły chłopak o turkusowych włosach, Teddy Lupin pomachał jedynie do Amy i wrócił do rozmowy ze starszymi znajomymi. Ze zniecierpliwieniem czekała aż James i Fred zostaną przydzieleni do Gryffindoru, bo to było już z góry pewne. Fred, jako identyczna kopia swojego wujka, po którym odziedziczył imię i James- ksero dziadka to urodzeni gryfoni. I tak jak się spodziewała oboje dumnie zasiedli obok niej przy stole. Niestety, Dominique wylądowała w Hufflepuffie, a Molly w Ravenclaw.
           Po przydziale domów i kolacji uczniowie zostali zostali zaprowadzeni do pokoju wspólnego. Było to okrągłe pomieszczenie z kominkiem, zapełnione wysiedzianymi fotelami, tapczanami i okrągłymi stolikami, stojącymi pod ścianą. Prefekt wskazał im schody prowadzące do dormitorium. Amy znajdując tabliczkę ze swoim imieniem weszła do środka i padła na pierwsze wolne łóżko.
           Ze współlokatorkami nie rozmawiała dużo. Były według Blackówny nudne. Po kolei, grzecznie przedstawiły się i zaczęły porządkować swoje rzeczy. Pierwsza z nich, blond włosa Lucy Harvey była szczupła i niska, nawet jak na jedenaście lat. Jej jasnoniebieskie oczy przeszywały na wskroś. Meg Russel była bardzo wesoła, lekko pyzata z długimi, kręconymi brązowymi włosami i piegami na nosie, ale Amy szybko uznała, że była przesadnie miła. Wysoka Alex Gray o brązowych, długich prostych włosach i sporym pieprzyku na policzku nie odzywała się prawie wcale, a Sophie Williams o bladej cerze i jasnych, wręcz platynowych włosach powiedziała na wstępie, że nie polubi żadnej z nich. Amy oczywiście została wypytana co do swojego nazwiska, mało kto może się poszczycić przynależnością do jakiegokolwiek rodu, a co dopiero być w pierwszej linii Blacków.
           Brunetka jak najszybciej się rozpakowała i zbiegła do pokoju wspólnego, gdzie chłopacy już na nią czekali. Fred z szerokim uśmiechem siedział na fotelu i bawił się różdżką, a James leżał na tapczanie z rękami założonymi za głowę. Amy bez zastanowienia usiadła na nogach Pottera i włączyła się do wesołej rozmowy. Dopiero później zauważając dwójkę chłopaków, jak się okazało współlokatorów Jamesa i Freda. Dave Morgan , smukły blondyn o ciemnoniebieskim spojrzeniu siedział na ziemi przy kominku, uśmiechał się niezwykle szeroko i pogodnie, Robbie Jackson patrzył na Amy trochę niepewnie, a niechęć malowała się w jego zielonych oczach. Pewnie nazwisko Black nie za dobrze mu się kojarzyło, jednak szybko zmienił zdanie. Amy nie była ani trochę podobna do osób z tych wszystkich opowieści rodziców. 

~*~ 
Oficjalnie blog wystartował. Niezmiernie się z tego powodu cieszę i mam nadzieję że moje postanowienia co do niego zostają utrzymane. 
Pozdrawiam serdecznie ~Kosiarka Stokrotek.

2 komentarze:

  1. Jak zawsze, z małym poślizgiem piszę komentarz, ale wiesz no, jak ja zazwyczaj wszystko ci wypisze na gg to później niezbyt mam co wpisać tutaj.
    Podobają mi się relacje Amy z chłopakami. Traktuje ich jak różnych, a fragment z przydziałami do domów był ciekawy, mimo że dość przewidywalny i nie dało się tam zagrać na emocjach xD
    CO DO TWOJEGO POSTANOWIENIA, CO ILE BĘDĄ ROZDZIAŁY? bo dość długo nic nowego się nie pojawia. ;D
    Jak na razie przychodzi mi do głowy tyle ;] pzdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wkradła się literówka- Nie różnych, a równych O.O

      Usuń