Wakacje między piątym a szóstym rokiem nauki minęły Amy Black tak jak każde do tej pory. Ich większą część spędziła z Jamesem i Fredem. Nikogo to nie dziwiło. Pierwsze sześć tygodni u każdego z nich po czternaście dni. Najpierw na Grimmauld Place jak co rok zafascynowani rzeczami znalezionymi w nietkniętym pokoju Syriusza. Stare, śmierdzące łajnobomby, książki, kilka zabytkowych mioteł, między innymi Nimbusa 1000 oraz masę wiekowych Fasolek Wszystkich Smaków, listy od przeróżnych osób w tym i dziadka Jamesa-Rogacza, największą furorę zrobił jednak list od Mary do Syriusza, który według trójki powinien być ocenzurowany. Jeszcze długo po przeczytaniu go krzywili się na widok mamy Amy.
Większość pomieszczeń w domu już kilka lat temu udało się przywrócić do używalności. Ze ścian pozrywano zgniło-zieloną tapetę i pomalowano je na żywe, przyjazne kolory, a obrazy przodków rodziny Blacków zostały pozdejmowane przez firmę „Usuwające Chochliki Terrego Mubbla”. Wszystkie leżały na stosie w osobnym pokoju w piwnicy, na który musiał zostać rzucony czar wyciszenia, bo postaciom w nich nie podobało się takie traktowanie i krzyczały przez całą dobę. Wnętrza większości pomieszczeń zostały także umeblowane od nowa, gdyż stare, popróchniałe i podgniłe kanapy oraz meble nie nadawały się do niczego. Bez zmian ostał się jedynie pokój Syriusza oraz ściana z drzewem genealogicznym. Mary stwierdziła, że nie powinno się niszczyć tak cennej pamiątki nawet jeśli należy do tak przerażającego rodu. Sam dom już nie chował między innymi mieszkaniami. Pani domu postanowiła, że to i tak nie ma większego sensu, bo chciała mieć jakiś kontakt z sąsiadami, więc używając wielu zaklęć zdjęła urok z domu. Jedynym magicznym sposobem dostania się do mieszkania został kominek.
Pokój Amy znajdował się na strychu, który po odnowieniu miał granatowe ściany, dwa małe okienka dachowe wychodziły na ulice, a mimo że żyrandol dawał mało światła, pokój obklejony w jaskrawych plakatach zarówno zespołów muzycznych, jak i Quidditch'a, ze sporym łóżkiem, biurkiem, szafką i puchatym dywanem był bardzo przytulnym miejscem. Piętro pod nią, zaraz koło schodów pomieszczenie zajmował James. To już było naturalne, że ten pokój było dla niego zarezerwowany i wyłącznie dla niego. Bordowe pomieszczenie, miało w szafkach rzeczy Jamesa, który już dawno przestał się trudzić, by uprzedzać, że zostaje na noc. Wie że zarówno Mary, jak kazała mu na siebie mówić oraz Amy nie mają nic przeciwko i będzie zawsze mile widziany, nawet jeśli przyjedzie niezapowiedziany, tak samo one u niego. Fred zaś lubił nocować w pokoju zaraz obok Jamesa bądź tego najbliżej kuchni, jak to fachowy głodomór. Jemu nie większej robiło różnicy gdzie śpi. Mama Amy zajęła starą sypialnie Walburgii i Oriona. Ciemnozielone ściany zostały zastąpione przez kremowo-beżowe, a białe meble eksponowały ciepło pomieszczenia.
Kiedy byli u Freda, prawie cały czas grali z jego rodzicami i młodszą siostrą, Roxanne w Quidditch'a. Jak było powszechnie wiadome Amy mimo chęci i miłości do owego sportu grać nie potrafiła prawie wcale, za to James i Fred, z którymi zawsze była w drużynie, nadrabiali zaległości za nią. Trójka lubiła także szperać w sklepie Weasleyów oraz w pokoju „eksperymentów” Georga, gdzie przypadkiem wylali kocioł pełen naparu wywołujących swędzące, wielkie bąble. Wylądowali w łóżkach na kilka dni. Po których od razu pojechali do Jamesa.
Jako że Harry wychował się w mugolskiej rodzinie, jego dom wypełniony był nie-magicznym sprzętem. Amy z Fredem jak co rok zachwycali się telewizją, zwłaszcza niektórymi kreskówkami. Sypiali wszyscy u Jamesa na złączonych materacach. Nie z powodu braku wolnych pokoi, których dom Potterów w Dolinie Godryka miał jeszcze kilka do zaoferowania, robili to jedynie z tradycji.
Ostatniej nocy, po której mieli rozstać się aż na trzy tygodnie, Amy leżąca między prawie przygniatającymi ją chłopakami, nie mogła zasnąć. Przewracała się na boki szukając wygodnej pozycji, na daremno. Oczy, mimo wyjątkowo później pory nie chciały jej się zamknąć na dłużej niż kilka minut.
-Amy, nie wierć się- mruczy zaspany James przekręcając się do niej przodem. Głowę podparł na dłoni i uniósł wysoko prawą brew. W ciemnościach widziała tylko lekkie zarysy jego postury i twarzy. O dziwo czekoladowe oczy były doskonale dostrzegalne.
-Nic nie poradzę, nie mogę zasnąć.- głęboko zaciągnęła się powietrzem i zakłada ręce za głowę.
-Myślałeś o tym, że zostały nam jedynie dwa lata w Hogwarcie?- starała się mówić jak najciszej, by nie zbudzić śpiącego obok Freda. Potter uśmiecha się delikatnie, ale długo nie odpowiada przyglądając się brunetce. W takich momentach przypomina mu dziecko, małą bezbronną dziewczynkę, która pyta starszego brata co się stanie z jej kotkiem, kiedy „odejdzie”.
-Wiesz, chodź zrobię nam herbatę i nie przejmuj się tym za bardzo. To AŻ dwa lata- wstaje przy okazji jeszcze roztrzepując włosy dziewczyny.
Siedzieli w kuchni po ciemku, cicho żartując i rozmawiając na mniej ważne tematy. Amy nie mogła oprzeć się wrażeniu, jak bardzo brakowało jej samotnych rozmów z Jamesem. Zazwyczaj ktoś z nimi był. Fred, chłopaki z dormitorium, rzadziej dziewczyny z sypialni Amy. W szkole porównują ich dwójkę do Łapy i Rogacza, mimo że z żartami rozstali się już w połowie piątego roku, a nawet wtedy nie byli w wymyślaniu ich za dobrzy, nigdy nie mieli jakiś niesamowicie ambitnych pomysłów. Oboje nie czuli tak głębokiego pociągu do wygłupów jak Huncwoci i sami nie uważają się za chociażby ich ćwiartkę, mimo że w kłopoty wpadali dalej równie często nawet bez psikusów.
Amy Black przebiegła przez barierkę na peronie, ciągnąc za sobą bagaż pełen ubrań, książek i różnych mniej lub bardziej ważnych dupereli. Potyka się po drodze kilka razy i zahacza o przechodniów. Nie ma czasu na oglądanie się na około by przepraszać. Za chwilę okaże się, że nie zdąży na pociąg i będzie musiała kombinować, jak inaczej się tam dostać.
-Spóźnię się , jak cholera się spóźnię.- mówi do siebie wybiegając zza zakrętu. Wpada na starszą kobietę, szybko krzyczy przeprosiny i biegnie dalej, jednak się zatrzymuje. Wraca, bo zapomniała złapać za bagaż, który stoi dalej przy zdziwionej kobiecinie. W końcu udaje jej się dotrzeć do pociągu w idealnym czasie, dopiero zaczyna ruszać. Więc pośpiesznie wpycha swój bagaż do środka i sama wskakuję jeszcze zanim się na dobre rozpędził. Jakiś pierwszoroczniak bije jej brawo, więc kłaniając się w pas zaczyna szukać jakiegoś przedziału. Nigdy nie powiedziałaby, że tak może się spóźnić. Prawda była taka że zastała się przy kiosku z gazetami, nie mogąc się zdecydować którą kupić. W kieszeni miała jedynie dwa sykle, co starczyło by na jeden egzemplarz, a aż dwie gazety kusiły ją nagłówkami. Mogłaby co prawda wygrzebać z torby jeszcze kilka monet, ale musiałaby przerzucić wszystkie ubrania. W drodze znalazła przedział dziewczyn z jej dormitorium, ale nie zatrzymała się tam na długo. Amy nic nie miała do swoich współlokatorek. W ciągu kilku lat mieszkania z nimi o każdej zmieniła zdanie, niemal diametralnie. Były miłe i z każdą z nich mogła połączyć jakieś zainteresowanie. Uwielbiała rozmowy z Lucy o Quidditch'u, zwłaszcza że obie kibicowały tej samej drużynie. Meg zawsze potrafiła ją uraczyć ciekawą historią, Amy nie wiedziała jedynie czy szatynka przeżyła je naprawdę, czy to wszystko magia jej niesamowicie wielkiej wyobraźni. Z Alex nie była zbyt blisko. Dla Blackówny dziewczyna była za cicha i szybko nudziła się w jej towarzystwie. A Sophie, która na początku roku tak zniechęciła do siebie dziewczyny, szybko odzyskała ich zaufanie ukazując swoją prawdziwą, uprzejmą stronę, ale to nie za to Amy lubiła Williams. Brunetka była powalona jej spostrzegawczością, tym jak po jednym spojrzeniu potrafiła powiedzieć skąd ktoś wraca i z kim była dana osoba. I nawet mimo tych wszystkich zalet dziewczyn, Amy szukała przedziału kogoś innego. W końcu po przejściu do drugiego wagonu wyszczerzyła się widząc doskonale znaną jej czwórkę chłopaków i jedną dziewczynę. Przywitała się z każdym wesoło nie pomijając krzywo patrzącej na nią blondynki
-Amy, jednak jesteś, już mieliśmy szukać innej dziewczyny do paczki- uśmiechnięty Robbie potargał sobie lekko włosy cicho pogwizdując w rytm tylko jemu znanej piosenki.
-Gdzie byście znaleźli drugą idiotkę, która chciałaby się z wami pałętać?- wepchnęła bagaż na półkę i przysiadła na wolnym miejscu obok Dave'a przy okazji wyciągnając nogi na kolana siedzącego naprzeciwko Jamesa. Blondynka obok niego prychnęła cicho i bardziej uczepiła się ramienia bruneta.
-Przypomnę ci, że ona nazywa się Alice. - usłyszała ciche szepnięcie przy uchu, na które zaśmiała się cicho w odpowiedzi. Morgan uwielbiał kokietować wszystkie dziewczyny w swoim otoczeniu, przy tym nie omijając Blackówny, mimo że sam stwierdził iż ona w jego guście nie jest. Ponoć nie podobają mu się kościste dziewczyny, którą z całą pewnością drobna Amy była.
-Wiem przecież- uśmiechnęła się rozbrajająco i kiwnęła, żeby się pochyli drugi raz -Przypominał mi o niej w wakacje. Nie musisz się mną martwić, ja zawsze wiem wszystko co potrzebne- Zaśmiał się pod nosem i z niedowierzaniem w niebieskich oczach zaczął się jej przyglądać. Siedział bokiem, oparty o zagłówek Amy i lekko się nad nią pochylał.
-Przez wakacje to i owo ci urosło- mruknął jej na ucho przyjemnie niskim barytonem.
-Szkoda, że tylko mi- powiedziała zadziornie i spojrzała wymownie na spodnie chłopaka, który w odpowiedzi zaśmiał się głośno. Przyzwyczaiła się do pochlebstw Dave'a, w ciągu kilku lat nasłuchała się jakie to ma piękne włosy, oczy i uśmiech, zawsze wyolbrzymiał ale musiała przyznać, że potrafił ją zadziwić wymyślnymi epitetami.
Większość pomieszczeń w domu już kilka lat temu udało się przywrócić do używalności. Ze ścian pozrywano zgniło-zieloną tapetę i pomalowano je na żywe, przyjazne kolory, a obrazy przodków rodziny Blacków zostały pozdejmowane przez firmę „Usuwające Chochliki Terrego Mubbla”. Wszystkie leżały na stosie w osobnym pokoju w piwnicy, na który musiał zostać rzucony czar wyciszenia, bo postaciom w nich nie podobało się takie traktowanie i krzyczały przez całą dobę. Wnętrza większości pomieszczeń zostały także umeblowane od nowa, gdyż stare, popróchniałe i podgniłe kanapy oraz meble nie nadawały się do niczego. Bez zmian ostał się jedynie pokój Syriusza oraz ściana z drzewem genealogicznym. Mary stwierdziła, że nie powinno się niszczyć tak cennej pamiątki nawet jeśli należy do tak przerażającego rodu. Sam dom już nie chował między innymi mieszkaniami. Pani domu postanowiła, że to i tak nie ma większego sensu, bo chciała mieć jakiś kontakt z sąsiadami, więc używając wielu zaklęć zdjęła urok z domu. Jedynym magicznym sposobem dostania się do mieszkania został kominek.
Pokój Amy znajdował się na strychu, który po odnowieniu miał granatowe ściany, dwa małe okienka dachowe wychodziły na ulice, a mimo że żyrandol dawał mało światła, pokój obklejony w jaskrawych plakatach zarówno zespołów muzycznych, jak i Quidditch'a, ze sporym łóżkiem, biurkiem, szafką i puchatym dywanem był bardzo przytulnym miejscem. Piętro pod nią, zaraz koło schodów pomieszczenie zajmował James. To już było naturalne, że ten pokój było dla niego zarezerwowany i wyłącznie dla niego. Bordowe pomieszczenie, miało w szafkach rzeczy Jamesa, który już dawno przestał się trudzić, by uprzedzać, że zostaje na noc. Wie że zarówno Mary, jak kazała mu na siebie mówić oraz Amy nie mają nic przeciwko i będzie zawsze mile widziany, nawet jeśli przyjedzie niezapowiedziany, tak samo one u niego. Fred zaś lubił nocować w pokoju zaraz obok Jamesa bądź tego najbliżej kuchni, jak to fachowy głodomór. Jemu nie większej robiło różnicy gdzie śpi. Mama Amy zajęła starą sypialnie Walburgii i Oriona. Ciemnozielone ściany zostały zastąpione przez kremowo-beżowe, a białe meble eksponowały ciepło pomieszczenia.
Kiedy byli u Freda, prawie cały czas grali z jego rodzicami i młodszą siostrą, Roxanne w Quidditch'a. Jak było powszechnie wiadome Amy mimo chęci i miłości do owego sportu grać nie potrafiła prawie wcale, za to James i Fred, z którymi zawsze była w drużynie, nadrabiali zaległości za nią. Trójka lubiła także szperać w sklepie Weasleyów oraz w pokoju „eksperymentów” Georga, gdzie przypadkiem wylali kocioł pełen naparu wywołujących swędzące, wielkie bąble. Wylądowali w łóżkach na kilka dni. Po których od razu pojechali do Jamesa.
Jako że Harry wychował się w mugolskiej rodzinie, jego dom wypełniony był nie-magicznym sprzętem. Amy z Fredem jak co rok zachwycali się telewizją, zwłaszcza niektórymi kreskówkami. Sypiali wszyscy u Jamesa na złączonych materacach. Nie z powodu braku wolnych pokoi, których dom Potterów w Dolinie Godryka miał jeszcze kilka do zaoferowania, robili to jedynie z tradycji.
Ostatniej nocy, po której mieli rozstać się aż na trzy tygodnie, Amy leżąca między prawie przygniatającymi ją chłopakami, nie mogła zasnąć. Przewracała się na boki szukając wygodnej pozycji, na daremno. Oczy, mimo wyjątkowo później pory nie chciały jej się zamknąć na dłużej niż kilka minut.
-Amy, nie wierć się- mruczy zaspany James przekręcając się do niej przodem. Głowę podparł na dłoni i uniósł wysoko prawą brew. W ciemnościach widziała tylko lekkie zarysy jego postury i twarzy. O dziwo czekoladowe oczy były doskonale dostrzegalne.
-Nic nie poradzę, nie mogę zasnąć.- głęboko zaciągnęła się powietrzem i zakłada ręce za głowę.
-Myślałeś o tym, że zostały nam jedynie dwa lata w Hogwarcie?- starała się mówić jak najciszej, by nie zbudzić śpiącego obok Freda. Potter uśmiecha się delikatnie, ale długo nie odpowiada przyglądając się brunetce. W takich momentach przypomina mu dziecko, małą bezbronną dziewczynkę, która pyta starszego brata co się stanie z jej kotkiem, kiedy „odejdzie”.
-Wiesz, chodź zrobię nam herbatę i nie przejmuj się tym za bardzo. To AŻ dwa lata- wstaje przy okazji jeszcze roztrzepując włosy dziewczyny.
Siedzieli w kuchni po ciemku, cicho żartując i rozmawiając na mniej ważne tematy. Amy nie mogła oprzeć się wrażeniu, jak bardzo brakowało jej samotnych rozmów z Jamesem. Zazwyczaj ktoś z nimi był. Fred, chłopaki z dormitorium, rzadziej dziewczyny z sypialni Amy. W szkole porównują ich dwójkę do Łapy i Rogacza, mimo że z żartami rozstali się już w połowie piątego roku, a nawet wtedy nie byli w wymyślaniu ich za dobrzy, nigdy nie mieli jakiś niesamowicie ambitnych pomysłów. Oboje nie czuli tak głębokiego pociągu do wygłupów jak Huncwoci i sami nie uważają się za chociażby ich ćwiartkę, mimo że w kłopoty wpadali dalej równie często nawet bez psikusów.
Amy Black przebiegła przez barierkę na peronie, ciągnąc za sobą bagaż pełen ubrań, książek i różnych mniej lub bardziej ważnych dupereli. Potyka się po drodze kilka razy i zahacza o przechodniów. Nie ma czasu na oglądanie się na około by przepraszać. Za chwilę okaże się, że nie zdąży na pociąg i będzie musiała kombinować, jak inaczej się tam dostać.
-Spóźnię się , jak cholera się spóźnię.- mówi do siebie wybiegając zza zakrętu. Wpada na starszą kobietę, szybko krzyczy przeprosiny i biegnie dalej, jednak się zatrzymuje. Wraca, bo zapomniała złapać za bagaż, który stoi dalej przy zdziwionej kobiecinie. W końcu udaje jej się dotrzeć do pociągu w idealnym czasie, dopiero zaczyna ruszać. Więc pośpiesznie wpycha swój bagaż do środka i sama wskakuję jeszcze zanim się na dobre rozpędził. Jakiś pierwszoroczniak bije jej brawo, więc kłaniając się w pas zaczyna szukać jakiegoś przedziału. Nigdy nie powiedziałaby, że tak może się spóźnić. Prawda była taka że zastała się przy kiosku z gazetami, nie mogąc się zdecydować którą kupić. W kieszeni miała jedynie dwa sykle, co starczyło by na jeden egzemplarz, a aż dwie gazety kusiły ją nagłówkami. Mogłaby co prawda wygrzebać z torby jeszcze kilka monet, ale musiałaby przerzucić wszystkie ubrania. W drodze znalazła przedział dziewczyn z jej dormitorium, ale nie zatrzymała się tam na długo. Amy nic nie miała do swoich współlokatorek. W ciągu kilku lat mieszkania z nimi o każdej zmieniła zdanie, niemal diametralnie. Były miłe i z każdą z nich mogła połączyć jakieś zainteresowanie. Uwielbiała rozmowy z Lucy o Quidditch'u, zwłaszcza że obie kibicowały tej samej drużynie. Meg zawsze potrafiła ją uraczyć ciekawą historią, Amy nie wiedziała jedynie czy szatynka przeżyła je naprawdę, czy to wszystko magia jej niesamowicie wielkiej wyobraźni. Z Alex nie była zbyt blisko. Dla Blackówny dziewczyna była za cicha i szybko nudziła się w jej towarzystwie. A Sophie, która na początku roku tak zniechęciła do siebie dziewczyny, szybko odzyskała ich zaufanie ukazując swoją prawdziwą, uprzejmą stronę, ale to nie za to Amy lubiła Williams. Brunetka była powalona jej spostrzegawczością, tym jak po jednym spojrzeniu potrafiła powiedzieć skąd ktoś wraca i z kim była dana osoba. I nawet mimo tych wszystkich zalet dziewczyn, Amy szukała przedziału kogoś innego. W końcu po przejściu do drugiego wagonu wyszczerzyła się widząc doskonale znaną jej czwórkę chłopaków i jedną dziewczynę. Przywitała się z każdym wesoło nie pomijając krzywo patrzącej na nią blondynki
-Amy, jednak jesteś, już mieliśmy szukać innej dziewczyny do paczki- uśmiechnięty Robbie potargał sobie lekko włosy cicho pogwizdując w rytm tylko jemu znanej piosenki.
-Gdzie byście znaleźli drugą idiotkę, która chciałaby się z wami pałętać?- wepchnęła bagaż na półkę i przysiadła na wolnym miejscu obok Dave'a przy okazji wyciągnając nogi na kolana siedzącego naprzeciwko Jamesa. Blondynka obok niego prychnęła cicho i bardziej uczepiła się ramienia bruneta.
-Przypomnę ci, że ona nazywa się Alice. - usłyszała ciche szepnięcie przy uchu, na które zaśmiała się cicho w odpowiedzi. Morgan uwielbiał kokietować wszystkie dziewczyny w swoim otoczeniu, przy tym nie omijając Blackówny, mimo że sam stwierdził iż ona w jego guście nie jest. Ponoć nie podobają mu się kościste dziewczyny, którą z całą pewnością drobna Amy była.
-Wiem przecież- uśmiechnęła się rozbrajająco i kiwnęła, żeby się pochyli drugi raz -Przypominał mi o niej w wakacje. Nie musisz się mną martwić, ja zawsze wiem wszystko co potrzebne- Zaśmiał się pod nosem i z niedowierzaniem w niebieskich oczach zaczął się jej przyglądać. Siedział bokiem, oparty o zagłówek Amy i lekko się nad nią pochylał.
-Przez wakacje to i owo ci urosło- mruknął jej na ucho przyjemnie niskim barytonem.
-Szkoda, że tylko mi- powiedziała zadziornie i spojrzała wymownie na spodnie chłopaka, który w odpowiedzi zaśmiał się głośno. Przyzwyczaiła się do pochlebstw Dave'a, w ciągu kilku lat nasłuchała się jakie to ma piękne włosy, oczy i uśmiech, zawsze wyolbrzymiał ale musiała przyznać, że potrafił ją zadziwić wymyślnymi epitetami.
Amy rozejrzała się sprawdzając co robi reszta osób w przedziale, James i Fred rozmawiali o Quidditch'u, Robbie spał opierając policzek o szybę, a Alice jeździła palcem po ramieniu bruneta z błogą miną.
-Uwielbiam cię taką- dodał ciszej pochylając się bardziej nad uchem Amy, a ciepły oddech blondyna wywołał u niej przyjemne ciarki. Nie ważne jak bardzo tego nie chciała, musiała przyznać, że blondyn zawsze miał w sobie odrobinę magnetyzmu, który działał i na nią. Gdyby go nie znać, można by pomyśleć że ma w sobie trochę krwi wili.
-Dave, nie podrywaj jedynej dziewczyny w grupie- zawołał wesoło Fred z drugiego końca przedziału. Wszystkie twarze zwróciły się na dwójkę, a Alice kolejny raz tego dnia prychnęła oburzona. Mrucząc pod nosem zdanie „jedyna dziewczyna” wyszła zabierając ze sobą bagaż. Morgan wzdychając teatralnie odsunął się od Amy, nie gubiąc jednak lekkiego uśmieszku.
-Tylko rozmawialiśmy- zmrużył oczy w złości albo rozbawieniu, te dwa wyrazy twarzy miał podejrzanie podobne i mało kto potrafił je rozróżnić.
-Fred, mogłeś lepiej dobrać słowa, teraz się obraziła- James mruknął pod nosem w atronę Weasley'a odwracając zdziwiony wzrok od Dave'a i Amy. Czarnowłosa szturchnęła go lekko nogą w brzuch
-Nie idziesz za nią?- uśmiechnęła się na widok zrezygnowanej miny Pottera. -Z ciebie taki gentlemen, jak ze mnie balerinka.
-Zaraz pójdę, niech chwilę ochłonie.- zmarszczył brwi i przerzucił nogi Amy na wolne miejsce obok siebie.
-James, kto w tym roku jest kapitanem drużyny?- Robbie jako największy fanatyk Quidditch'a w przedziale, a i możliwe że w całej szkole, nie umiał rozmawiać o niczym innym, więc mimo że dopiero wstał musiał zacząć ten temat. Amy słuchając długiej debaty chłopaków przyjrzała się dokładnie każdemu z nich, wyłapując jak najwięcej zmian, a nie było tego dużo. Robbie zapuścił trochę swoich kręconych włosów, a Dave chyba urósł kilka cali, nic więcej. W końcu przypomniała sobie o gazecie przez którą się spóźniła. „Czarownica” przepełniona była artykułami urodowymi, które brunetka zazwyczaj ignorowała. Jednak przy straganie jej uwagę przykuł nagłówek „Zmień kolor włosów na stałe” i „Magiczne tatuaże Loondneya”. O tak, Amy nie marzy o niczym bardziej tak jak o małej dziarze na plecach i fantazyjnym kolorze fryzury.
-Uwielbiam cię taką- dodał ciszej pochylając się bardziej nad uchem Amy, a ciepły oddech blondyna wywołał u niej przyjemne ciarki. Nie ważne jak bardzo tego nie chciała, musiała przyznać, że blondyn zawsze miał w sobie odrobinę magnetyzmu, który działał i na nią. Gdyby go nie znać, można by pomyśleć że ma w sobie trochę krwi wili.
-Dave, nie podrywaj jedynej dziewczyny w grupie- zawołał wesoło Fred z drugiego końca przedziału. Wszystkie twarze zwróciły się na dwójkę, a Alice kolejny raz tego dnia prychnęła oburzona. Mrucząc pod nosem zdanie „jedyna dziewczyna” wyszła zabierając ze sobą bagaż. Morgan wzdychając teatralnie odsunął się od Amy, nie gubiąc jednak lekkiego uśmieszku.
-Tylko rozmawialiśmy- zmrużył oczy w złości albo rozbawieniu, te dwa wyrazy twarzy miał podejrzanie podobne i mało kto potrafił je rozróżnić.
-Fred, mogłeś lepiej dobrać słowa, teraz się obraziła- James mruknął pod nosem w atronę Weasley'a odwracając zdziwiony wzrok od Dave'a i Amy. Czarnowłosa szturchnęła go lekko nogą w brzuch
-Nie idziesz za nią?- uśmiechnęła się na widok zrezygnowanej miny Pottera. -Z ciebie taki gentlemen, jak ze mnie balerinka.
-Zaraz pójdę, niech chwilę ochłonie.- zmarszczył brwi i przerzucił nogi Amy na wolne miejsce obok siebie.
-James, kto w tym roku jest kapitanem drużyny?- Robbie jako największy fanatyk Quidditch'a w przedziale, a i możliwe że w całej szkole, nie umiał rozmawiać o niczym innym, więc mimo że dopiero wstał musiał zacząć ten temat. Amy słuchając długiej debaty chłopaków przyjrzała się dokładnie każdemu z nich, wyłapując jak najwięcej zmian, a nie było tego dużo. Robbie zapuścił trochę swoich kręconych włosów, a Dave chyba urósł kilka cali, nic więcej. W końcu przypomniała sobie o gazecie przez którą się spóźniła. „Czarownica” przepełniona była artykułami urodowymi, które brunetka zazwyczaj ignorowała. Jednak przy straganie jej uwagę przykuł nagłówek „Zmień kolor włosów na stałe” i „Magiczne tatuaże Loondneya”. O tak, Amy nie marzy o niczym bardziej tak jak o małej dziarze na plecach i fantazyjnym kolorze fryzury.
W wielkiej sali jak zazwyczaj panował rumor i rozgardiasz. Jedni przekrzykiwali drugich witając się ze sobą, bądź opowiadając przeróżne historie w tym i Fred, czekając na pierwszaków bajdurzył małej grupce o ich nieszczęśliwym wypadku w pokoju eksperymentów, nie szczędząc szczegółów tego jak bąble wyglądały, więc kilka dziewczyn ze zmarszczoną z obrzydzenia miną starało się wstrzymać mdłości. Amy razem z Lucy wymieniały oburzone komentarze o przegranej w meczu ich ulubionej drużyny, od czasu do czasu do ich rozmowy włączał się także i Robbie, jednak dalej bardziej zafascynowany historiami Weasley'a. W końcu doczekali się przybycia pierwszorocznych. Niepewnie, na lekko drżących nóżkach wmaszerowali rozglądając się dokładnie po sali.
-Czy my też byliśmy tacy mali?- Meg zaśmiała się lekko przejeżdżając wzrokiem po każdym pierwszorocznym. Przypominali jej małe chochliki, albo skrzaty domowe.
-Nie, jestem prawie pewny, że z roku na rok przychodzą coraz mniejsi- odrzekł Fred z szerokim uśmiechem opierając łokieć na blacie stołu. Wolałby aby to się już skończyło i mógłby w końcu coś zjeść.
Było już późno na pewno długo po północy, kiedy czarnowłosa dziewczyna po raz setny obróciła się na drugi bok. Jak co rok pierwsza noc w łóżku hogwardzkim jest najgorsza. Amy cierpi na ten syndrom od kilku lat, właściwie od kiedy przyszła do tej szkoły. Nie umie się tak po prostu przestawić ze spania w swoim własnym łóżku na to twarde w dormitorium. I mimo że jest już na szóstym roku, nie udało jej się go pozbyć. Wyczołgała się z łóżka i na piżamę zarzuciła bluzę, równie czarną jak jej długie do pasa włosy. Pod nią miała kolorową, za dużą męską koszulkę, którą pożyczyła w te wakacje od Jamesa i krótkie spodenki, ledwo widoczne spod T-shirta. Wsuwając na nogi błękitne, puchate kapcie, cicho wymknęła się z dormitorium dziewczyn i usiadła w pokoju wspólnym przy kominku. Jej ulubione miejsce znajdowało się na odludziu. Ten fotel był odsunięty od reszty co na co dzień dawało dużo spokoju od przepychających się uczniów. Kominek tuż przed nią dawał przyjemne ciepło, mimo że dogasał. Niedługo jakoś skrzaty powinny go rozpalić ponownie więc nie miała zamiaru rezygnować z uciechy siedzenia w pokoju wspólnym. Ciche skrzypnięcie schodków jednego z dormitoriów przeraził brunetkę. Jeśli to prefekt, już pierwszego dnia dostanie kare, to nie będzie co prawda rekord, który ustanowili na czwartym roku, już w pociągu dostając naganę, ale mama i tak będzie wściekła.
-Amy- mimo że był to szept, ona doskonale wiedziała kto przyszedł. Co jak co, ale Pottera rozpoznałaby nawet jakby wypił eliksir Wielosokowy. James zszedł ze schodów i przysiadł się na tapczanie niedaleko niej, uśmiechając szeroko. W ręku ściskał kawałek dokładnie złożonego, potarganego pergaminu.
-Skąd wiedziałeś, że tu jestem?- zapytała cicho. Jej ulubiony fotel był tak ustawiony, że wychodząc z któregokolwiek z dormitoriów zauważysz go dopiero po przejściu kawałek w głąb pokoju.
-Skąd masz mapę huncwotów?- przeniosła stalowo-szare spojrzenie na wesołe ogniki w czekoladowych oczach bruneta. Tak, Amy już kilka lat temu uznała, że oczy Jamesa nie są brązowe, a czekoladowe, zwłaszcza kiedy się śmieje. Wtedy mogłoby się wydawać, że to morze mlecznej czekolady.
-Znalazłem w pokoju taty. Zamknięta na cztery spusty, aż korciło, żeby zajrzeć- chłopak rozsiadł się wygodniej na tapczanie.
-Znowu nie mogłaś zasnąć?- Przygląda się jej zmęczonej minie. Pod oczami miała spore zakola, a niemrawy uśmiech jaki mu wysłała miał być chyba odpowiedzią. Otworzyła mapę szerzej, dokładnie przyglądając się poddartym stroną. Drobną dłonią przejechała po niej i uśmiechnęła się mrużąc oczy.
-James, to pierwsi huncwoci stworzyli mapę, prawda?- dla Pottera Amy znowu zrobiła minę małej, ciekawskiej dziewczynki, kiedy tymi dużymi, stalowymi oczami przyglądała się mapie. W odpowiedzi kiwnął jedynie głową, a w tęczówkach brunetki pojawiły się iskierki ciekawości.
-Zobacz, to przejście prowadzi do Miodowego Królestwa- przejechała palcem wzdłuż wąskiego korytarza na pierwszym piętrze. -Moglibyśmy z łatwością dostać się do Hogsmede przed wyjazdem szkolnym- wysłała mu zadziorny uśmiech, który tak uwielbiał. Oznaczał kłopoty jednak dla Jamesa wygląda raczej na zapowiedz dobrej zabawy.
-Możemy to kiedyś sprawdzić.- zaśmiał się na widok zawiedzionej miny Blackówny. Czego się spodziewała, że dzisiaj ją tam zabierze? Rozłożyła mapę jeszcze szerzej, zaczesując długie krucze włosy za ucho zmarszczyła brwi wskazując na małe, niepodpisane miejsce obok, którego przeszedł właśnie woźny Filch.
-Co tutaj może być?- ze zniecierpliwieniem jeździła wzrokiem od twarzy Jamesa do mapy, dokładnie przyglądając się kropce z napisem „Argus Filch”.
-Pewnie opuszczona sala, pełno ich w szkole- brunet wzruszył ramionami odwracając twarz do prawie wygaszonego kominka. Jego czarna koszulka w której zazwyczaj sypiał opinała się mocniej, wokół ramion pałkarza drużyny gryfonów.
-Może racja- mruknęła dalej przyglądając się kropce Filcha, jedynej ruszającej się kropce w całym zamku. Dokładnie złożyła mapę oddając ją Jamesowi, przy okazji kładąc się wzdłuż tapczanu i zarzucając nogi na łydki bruneta. Głowę wygodnie ułożyła na oparciu sofy i uśmiechnęła się szeroko.
-Nie wścieknie się?- unosi brew dopiero po chwili rozumiejąc sens jej słów. Wzrusza jedynie ramionami i uśmiecha się w sposób, jaki tylko ona zna.
-Amy- mimo że był to szept, ona doskonale wiedziała kto przyszedł. Co jak co, ale Pottera rozpoznałaby nawet jakby wypił eliksir Wielosokowy. James zszedł ze schodów i przysiadł się na tapczanie niedaleko niej, uśmiechając szeroko. W ręku ściskał kawałek dokładnie złożonego, potarganego pergaminu.
-Skąd wiedziałeś, że tu jestem?- zapytała cicho. Jej ulubiony fotel był tak ustawiony, że wychodząc z któregokolwiek z dormitoriów zauważysz go dopiero po przejściu kawałek w głąb pokoju.
-Pamiętasz te wszystkie opowieści Wujka Georga i taty o ich żartach?- powiedział widząc jej pytające spojrzenie. Kiedy kiwnęła głową on rozwinął kawałek papieru i przykładając różdżkę mruknął cicho pod nosem jakąś regułkę. Na mapie zaczęły pokazywać się cienkie linie i napis.
„Panowie Lunatyk, Gilzdogon, Łapa i Rogacz,
zawsze uczynni doradcy czarodziejskich psotników,
mają zaszczyt przedstawić
MAPĘ HUNCWOTÓW.”
Amy wzięła głębszy wdech. Zabrała mapę z rąk Jamesa i zaczęła oglądać poszczególne miejsca wyrysowane na pożółkłym papierze.-Skąd masz mapę huncwotów?- przeniosła stalowo-szare spojrzenie na wesołe ogniki w czekoladowych oczach bruneta. Tak, Amy już kilka lat temu uznała, że oczy Jamesa nie są brązowe, a czekoladowe, zwłaszcza kiedy się śmieje. Wtedy mogłoby się wydawać, że to morze mlecznej czekolady.
-Znalazłem w pokoju taty. Zamknięta na cztery spusty, aż korciło, żeby zajrzeć- chłopak rozsiadł się wygodniej na tapczanie.
-Znowu nie mogłaś zasnąć?- Przygląda się jej zmęczonej minie. Pod oczami miała spore zakola, a niemrawy uśmiech jaki mu wysłała miał być chyba odpowiedzią. Otworzyła mapę szerzej, dokładnie przyglądając się poddartym stroną. Drobną dłonią przejechała po niej i uśmiechnęła się mrużąc oczy.
-James, to pierwsi huncwoci stworzyli mapę, prawda?- dla Pottera Amy znowu zrobiła minę małej, ciekawskiej dziewczynki, kiedy tymi dużymi, stalowymi oczami przyglądała się mapie. W odpowiedzi kiwnął jedynie głową, a w tęczówkach brunetki pojawiły się iskierki ciekawości.
-Zobacz, to przejście prowadzi do Miodowego Królestwa- przejechała palcem wzdłuż wąskiego korytarza na pierwszym piętrze. -Moglibyśmy z łatwością dostać się do Hogsmede przed wyjazdem szkolnym- wysłała mu zadziorny uśmiech, który tak uwielbiał. Oznaczał kłopoty jednak dla Jamesa wygląda raczej na zapowiedz dobrej zabawy.
-Możemy to kiedyś sprawdzić.- zaśmiał się na widok zawiedzionej miny Blackówny. Czego się spodziewała, że dzisiaj ją tam zabierze? Rozłożyła mapę jeszcze szerzej, zaczesując długie krucze włosy za ucho zmarszczyła brwi wskazując na małe, niepodpisane miejsce obok, którego przeszedł właśnie woźny Filch.
-Co tutaj może być?- ze zniecierpliwieniem jeździła wzrokiem od twarzy Jamesa do mapy, dokładnie przyglądając się kropce z napisem „Argus Filch”.
-Pewnie opuszczona sala, pełno ich w szkole- brunet wzruszył ramionami odwracając twarz do prawie wygaszonego kominka. Jego czarna koszulka w której zazwyczaj sypiał opinała się mocniej, wokół ramion pałkarza drużyny gryfonów.
-Może racja- mruknęła dalej przyglądając się kropce Filcha, jedynej ruszającej się kropce w całym zamku. Dokładnie złożyła mapę oddając ją Jamesowi, przy okazji kładąc się wzdłuż tapczanu i zarzucając nogi na łydki bruneta. Głowę wygodnie ułożyła na oparciu sofy i uśmiechnęła się szeroko.
-Nie wścieknie się?- unosi brew dopiero po chwili rozumiejąc sens jej słów. Wzrusza jedynie ramionami i uśmiecha się w sposób, jaki tylko ona zna.
~*~
Tak jest. Rozdział trochę chaotyczny ale jestem z niego.. zadowolona. O dziwo, bo zazwyczaj to co napisze jest dla mnie abstrakcją i czuje się jakbym to nie ja "stworzyła".
Dzisiajszy humor oceniam na piosenkę Iggy Pop- The Passenger
~ Pozdrawiam Daisy Cutter
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz