Przechodząc przez jeden z bardziej zatłoczonych korytarzy Amy ma wrażenie, że jej przyjaciele mają kłopoty. Czuła to w kościach. Jej mama zapewne powiedziałaby „kobiecy instynkt”, ale Amy wiedziała, że to po prostu przewrażliwienie na zbyt długą nieobecność chłopaków. Mimo że był dopiero drugi tydzień nauki byli już zawaleni referatami, przez co zmuszeni byli spędzić całą dzisiejszą sobotę w bibliotece, żadnego z chłopaków nie ma, a obiecali razem z nią odrobić wszystkie prace. Poirytowana trzasnęła drzwiami dormitorium przy okazji prawie rozdeptując białego kota Lucy, plączącego się, jak zawsze pod nogami. Mały Xeris był typowym pieszczochem. Uwielbiał być drapany za uchem i łasił się do prawie każdego. Prawie, bo jedynym wyjątkiem był Robbie, którego kot, po prostu z góry skreślił i syczał, kiedy chłopak znajdował się na trzy metry od niego. Amy padła plackiem na łóżko i rzucając przekleństwami bawiła się różdżką. Nagle odechciało jej się odrabiać tych wszystkich prac i wolała polenić się na łóżku. Na dworze mimo wrześniowej pory świeciło słońce, rażące promieniami przez lekko zakurzone okno dormitorium. Wywarczała pod nosem kilka krótkich przekleństw odwracając się na brzuch, z akompaniamentem głośnego skrzypnięcia łóżka.
-Słysze, że nie masz zbyt przyjaznego humoru- z łazienki wyszła Lucy, przebrana w czerwono-czarny kostium do Quidditcha właśnie wiązała ciaśniej włosy w wysoką kitkę. Spod łóżka wyciągnęła świeżo wypolerowaną miotłę, która była wyższa o kilka cali od blondynki.
-Można powiedzieć, że to po prostu zły dzień. Chce ci się dzisiaj ćwiczyć?- dodaje marszcząc brwi w przekonaniu, że dzisiaj chyba jedynie ona ma parszywy nastrój. Może to przez ten nawał referatów? Dziewczyna zaprzecza głową i wydaje dźwięk przypominający mieszankę warknięcia złości oraz westchnienia zrezygnowania. Amy była prawie pewna, że ten dźwięk pożyczyła od swojego kota.
-Niestety Mia Hughes została kapitanem i postanowiła już w pierwszym wolnym terminie urządzić nabór do drużyny.- skrzywiła się na twarzy, bo mimo że kochała grać w Quidditch'a dzisiaj była na to, po prostu za ładna pogoda. -Połowę drużyny złapała już rano i zagoniła ich do papierkowej roboty, James ani Robbie ci nie powiedzieli? Współczuje im, zebrała ich zaraz po śniadaniu. No ale ktoś musiał przejrzeć i poukładać wszystkie formularze zgłoszeniowe. Dobrze, że tym razem nie byłam to ja, bo ponoć zgłosiło się większość czwarto i piąto klasistów.- ułożyła usta w zirytowany uśmiech, czego nie można było się jej dziwić. Były jedynie dwa wolne miejsca w drużynie, a obejrzenie gry uczniów ze wszystkich zgłoszeń zajmie godziny.
-Zaczekaj na mnie, też idę.- krzyknęła Amy do blondynki, kiedy ta wychodziła z pokoju.
Na trybunach stadionu szybko wypatrzyła rudą czuprynę Freda. Machał energicznie do Robbiego i Jamesa stojących już w rządzie za brązowowłosą Mią. Spora grupa uczniów z miotłami wyciszyła się natychmiast po ostrzegawczym krzyku Hughes. Nawet u samej Amy dziewczyna budziła szacunek będąc jednocześnie prefektem, kapitanem i utrzymując wybitne stopnie w nauce oraz udzielając się w każdej imprezie w domu gryfonów.
-Słuchajcie panienki, Quidditch nie jest dla każdego z was. Ćwiczenia odbywać się będą dwa razy w tygodni, niezależnie od pogody, czy waszych humorków. Za każde spóźnienie karać będę dziesięcioma kółkami biegu wokół boiska i nie wypuszczę was z treningu, aż tego nie zrobicie. Nie myślcie o jakichkolwiek taryfach ulgowych przez wzgląd na SUM'y, czy OWuTeMy. Puchar Quidditcha, do tego dążymy i nie pozwolę w tym roku nam go odebrać, zrozumiano? Jeśli ktoś wie, że nie da rady, niech stąd odejdzie, póki nie jest za późno.- spora grupa piątoklasistów wpełzła na trybuny, ze zrezygnowanymi i zniechęconymi minami. Tłum co prawda się zmniejszył, ale i tak zostało sporo uczniów z praktycznie każdego roku. Amy wymownie spojrzała na siedzącego obok niej rudzielca i zaśmiała się pod nosem. Takiej Hughers nie znała.
-Skoro mamy to już z głowy, reszta słuchać mnie. Chętni na pałkarzy idą za Jacksonem, ścigający za mną.- tłum chaotycznie rozszedł się w dwóch kierunkach. Wśród uczniów Amy przyuważyła Rose, niestety z dość niepewną miną nie wydawała się mieć jakichkolwiek szans. W duchu Blackówna trzymała za nią kciuki.
Eliminacje pałkarzy wyglądały następująco. Najpierw Potter i Jackson po prawej stronie wytłumaczyli zwięźle zasady. Każdy ze zgłoszonych osób musiał przelecieć przez długość boiska, odbijając na zmianę z Jamesem tłuczki, czego brunet nikomu nie ułatwiał uderzając je na różne strony pola, a Robbie oceniał możliwości kandydata. Następnym etapem było przebicie tłuczka przez okrąg trzymany przez Jacksona. Dla utrudnienia, James wybijał piłkę na różne strony boiska. Cztery ostatnie ostałe osoby stoczyły ze sobą mały mecz w odbijanie tłuczków. Oceniała to już Mia, która wyrwała się na chwilę z eliminacji ścigających. Ostatecznie nowym pałkarzem został piątoklasista o kruczych, długich włosach.
Eliminacje ścigających były o wiele bardziej ekscytujące. Hughers na początek postawiła obrońce i kazała każdemu strzelić. Co prawda mało któremu się udało, ale to wina wprawy Deana. Później kazała im się ścigać, oceniała to Lucy i była bezlitosna wywalając połowę ochotników. Ostatkami zajęła się Mia wymyślając na poczekaniu trudny układ podań, który kazała im powtórzyć z nią samą w parze. Udało się jedynie jednej osobie, i to on został ścigającym, czwartoroczny Tom Stone.
Całe eliminacje trwały trzy godziny, trzy bolesne godziny siedzenia w jednym miejscu. Amy przeklinała się w duchu, że nie wyszła w połowie, jednak chciała zobaczyć jak będzie wyglądał pełen skład gryfonów w tym roku. Nie była zachwycona. Tom nie dorównywał umiejętnościami zeszłorocznemu ścigającemu na którego miejsce wskoczył, a bez werwy i pozytywnego myślenia poprzedniego pałkarza może być słabo z ambicjami drużyny.
Fred z kpiącym uśmiechem przypatrywał się obolałej dziewczynie, mimo że sam lepiej się nie czół. Dogryzanie Amy było jednym z tych zajęć, które sprawiały mu anormalną radość. Żywiołowa dziewczyna nie potrafiła przejść obojętnie obok obelg, nawet tych żartobliwych od przyjaciół. Black podczas drogi z uwagą wysłuchała historii Weasley'a o kolejnej kłótni w związku Jamesa i Alice, znowu zainspirowanym jej osobą. Było jej niesamowicie wstyd, że jej rozmowa z Jamesem może być powodem końca jego ponad rocznego związku. W głowie wyobrażała sobie najgorsze. Może Potter teraz, po prostu ma jej dość i już się do niej nie odezwie? Kiedy wyjawiła tą myśl Fred zaśmiał się głośno przystając na chwilę. Nie wierzył, ta że Amy Black mogłaby pomyśleć, że James Potter może ją znienawidzić. Przecież chyba wie, że jest jego małą, najlepszą przyjaciółką, prawie siostrą. Weasley w duchu zazdrościł tej dwójce. Zżerało go jak bardzo Amy i James są ze sobą zżyci. Najbardziej uderzała go, kiedy dwójka wygłaszała długie dyskusję wręcz nie zauważając Weasley'a, tak jakby był częścią scenerii zamku, posągiem na korytarzu obok którego można przystać i podyskutować. A kiedy, jak zazwyczaj co rano Amy poprawiała niechlujnie ubrany mundurek Jamesa, a on w odpowiedzi rozpuszczał jej włosy, kradnąc kolejną gumkę i podrzucał na talerz więcej jedzenia, mówiąc jak wychudzona jest Black, Fred był skazany na rozmowy o Quidditchu z Robbim, ewentualnie z Lucy bądź wysłuchiwaniem długich monologów Sophie, po których zawsze czół się, jak po przejechaniu przez pociąg. Ale mimo że uważał przyjaźń Jamesa i Amy za niesprawiedliwą, nigdy nie ośmieliłby się wejść między ich relacje. Bo ta wręcz chora przyjaźń, bez której możliwe, że żadne z nich, by nie przeżyło niemal tygodnia, była jedną z silniejszych więzi, jakie widział kiedykolwiek.
Siedząc na łóżku Jamesa czekała aż łaskawie skończy brać prysznic. Zajmował łazienkę już kilka długich minut, więc zdążyła przetrząsnąć jego szafkę nocną i ze smutkiem stwierdzić, że nie ma ani niczego smacznego, ciekawego albo chociaż śmiesznego. Co jedynie mogła to się położyć i czekać na zbawienie. Nie mogła powiedzieć, że czekanie ją męczyło, lubiła przebywać w dormitorium chłopaków. Nie pachniało tu mdłą mieszanką kwiatowych potpurri i perfum, a z sąsiedniego pokoju nie słychać cienkich, wręcz piskliwych chichotów. Co prawda były wady. Gdyby któryś z nauczycieli ją przyłapał na spędzaniu czasu w tym pokoju miałaby spore kłopoty, a szorstki zapach dymu na schodach męskiego dormitorium gryzł niesamowicie w nos. Amy zawsze ma jedynie nadzieje, że to nie jest smród jednego z mugolskich używek, o którym jakże dużo słyszała i nie ma tym razem na myśli nikotyny.
-Amy, śpisz?- długo wyczekiwany James wyszedł z łazienki ubrany jedynie w spodnie, a z mokrych włosów skapywały mu krople wody.
-Nie.- usiadła po turecku poprawiając włosy związane w kitkę. Lubiła je wysoko spinać, było jej wtedy wygodniej, a niechciane kosmyki nie buntowały się padając na oczy. -James, przepraszam za Alice.- Powiedziała cicho oglądając jak brunet zakłada zielony T-shirt. Spojrzał na dziewczynę markotnym wzrokiem, szybko jednak się uśmiechnął.
-Ej, nic się nie stało. Jutro z nią pogadam i będzie jak wcześniej- skłamał na poczekaniu z pełną świadomością, że Alice tym razem nie odpuści mu tak łatwo. James nigdy nie lubił oglądać płaczących dziewczyn, zwłaszcza przez niego i tym bardziej, że tym razem miała to być Amy. Oczy dziewczyny wpatrywały się w niego szeroko otwarte szybko, jednak opanowała się i uśmiechnęła lekko.
-Wiem co ci poprawi humor. Co ty na to , by przyczepić meble Filcha do sufitu? Będzie fajnie, no chodź- wskoczyła na nogi uśmiechając się wręcz szaleńczo drepcząc do drzwi, James jednak nie ruszył się z miejsca. Widok starego, łysego Filcha nie był zachęcający dla bruneta, a wizja możliwości przyłapania jeszcze bardziej zniesmaczała. Woźny po utracie kotki, stał się jeszcze surowszy i kary jakie zadawał dla młodych czarodziei były przerażające. Na drugim roku kazał Jamesowi, Amy i Fredowi wyszorować cały korytarz na szóstym piętrze szczoteczkami. Nawet gdyby wtedy znali zaklęcie czyszczące nie mieli, by jak go użyć, bo Filch pilnował, aby odpowiednio wykonywali karę.
-Nie, darujmy sobie żarty i po prostu napij się ze mną- Wyciągnął spod szafy butelkę Ognistej Whiskey i usiadł na ziemi, opierając się plecami o bok łóżka.
-Ale tylko jedną butelkę- powiedziała ostrzegawczo i usiadła, tak jak James, tyle że przy łóżku naprzeciwko chłopaka. Ognista w smaku nie była czymś wyśmienitym, co można, by pić codziennie. Niesamowicie piekła gardło, a słodowy posmak pozostawał na długi czas w ustach. Co jedynie przyjemne ciepło, od gardła po żołądek dawał mikre wrażenie komfortu. Amy już po kilku łykach zaczęła wesoło wspominać tegoroczne wakacje. Kiedy ognista się skończyła położyła się na ziemi, a nogi uniosła i oparła je na łóżku wysyłają brunetowi szeroki uśmiech. James ułożył wygodniej łokieć o jej nogi dogłębnie wypytując co Amy chciałaby dostać na święta.
Pokój wspólny gryfonów jak co weekend był przepełniony. Grupa pierwszorocznych wesoło zajadała jakieś łakocie na tapczanie zaraz przy wyjściu, co chwile głośno wybuchając śmiechem, a kilku piątoklasistów pracowało nad referatami przy stolikach. Fred i Dave, okupujący tapczan przy kominku grali w eksplodującego durnia, a na pobliskim, im fotelu czytała Sophie, z jak zawsze nienagannie ubranym mundurkiem. Kogo jak kogo, ale tą blondynkę w innym stroju można było zobaczyć jedynie w Hogsmede, jeśli oczywiście w ogóle się wybrała, bo miasteczko nie należało do jej ulubionych miejsc.
-Gdzie macie trójkę swoich wiernych towarzyszy?- Przez oparcie, na wolne miejsce obok Freda, wskoczyła blondwłosa Lucy w niechlujnie założonym mundurku. Przez jej poluzowany krawat, odpięte dwa pierwsze guziki koszulki, brak sweterka, rozwiązaną sznurówkę u jednego z butów oraz jaskrawo-czerwone getry wyglądała jak wyrośnięta pierwszoklasistka.
-James i Amy gadają w dormitorium- odpowiedział pośpiesznie Fred i złapał za jedną z kart leżących na tapczanie. -Nie wychodzą od kilku godzin- dodał uśmiechając się perfidnie w stronę Dave'a
-A Robbie jest na boisku Quidditch'a- wtrącił Morgan i odskoczył, kiedy jedna z kart wybuchła mu w ręce. -Jeszcze ćwiczy
-Że też mu się chce- mruknęła pod nosem rozglądając się po pokoju. Ona sama po naborze miała już dosyć gry jak na jeden dzień, w duchu poczuła respekt do szatyna i jego zapału.
-Nie to, żeby miał jakiś wybór. Robbie cierpi na bezsenność, jeśli nie spożytkuje dziennej energii, a umie to robić tylko grając w Quidditch'a- wyjaśnił sprawnie tasując karty. Dwójka pierwszorocznych przebiegła tuż przed fotelem i wskoczyła na schody męskiego dormitorium.
-I od kiedy on tak robi?- zaciekawiona szukająca zmarszczyła brwi. Machinalnie poprawiła swoją wysoką kitkę.
-Od stycznia zeszłego roku- wtrąciła się Sophie przewracając stronę książki nawet nie spoglądając na towarzyszy. -Średnio trening zaczynał o 16, a wracał o 21, ale jak mówiłaś dzisiaj były jeszcze eliminację, więc zapewne zaraz wróci. Słabo z wami, skoro tego nie wiecie- dodała spoglądając na dwa zegarki, które zawsze nosiła jeden pod drugim na lewym nadgarstku. Tak jak powiedziała, pokrótce do pokoju wszedł szatyn. Umazany w trawie ciągnął za sobą miotłę tak, jakby ważyła kilogramy. Bez słowa minął czwórkę i wszedł do dormitorium lekko potykając się o stopnie. Nikt nie odważył się powiedzieć do niego, chociaż jednego słowa.
-I on tak codziennie?- Harvey mruknęła cicho zakładając ręce za głowę. Co jak co, ale tyle godzin ćwiczeń, to nawet niezniszczalna Mia by nie wytrzymała.
-Wiesz, kilka godzin dodatkowego treningu, to chyba odpowiednia cena za dobry sen, prawda?- odpowiedziała rzeczowo Sophie i zaczesując włosy do tyłu wróciła do czytania.
-Rozumiem o co chodzi, ale nie próbował innych metod?- zwróciła się do chłopaków, którzy co jedynie wzruszyli ramionami. Fred spojrzał na nią zamyślając się chwile nad odpowiedzią
-Wcześniej brał eliksir słodkiego snu, ale ponoć przestał działać- podrapał się po głowie jeszcze raz wzruszając ramionami.
-Nie bądź głupi. To przecież naturalne. Jak bierze się jakiś lek od dziecka, to człowiek prędzej, czy później się od niego uodparnia.- powiedziała spokojnym, jednolitym tonem Sophie i wstała otrzepując spódnicę mundurka. Lucy często łapała się na myślach, że chciałaby być taka jak ona. Ładna, przepełniona wiedzą, delikatna, zachowywać się jak dama, a przy tym wychodzić na delikatnie wyrachowaną. Niczym kobiety za czasów Oświecenia.
-Idziesz do dormitorium?- platynowłosa dziewczyna uniosła brew spoglądając na Harvey. Szukająca niemal natychmiast wstała i poczłapała za Williams schodami na górę.
Robbie delikatnie oparł miotłę o ścianę obok łóżka. Jego Kometa 540 była już strudzona, o porysowanym uchwycie i odpryskującym lakierze, mimo to uwielbiał ją. Było wiele lepszych mioteł na rynku, szybszych, stabilniejszych, z większymi możliwościami, ale sam Jackson wyznawał zasadę- Nie ważne jaki sprzęt, liczą się umiejętności. Zaśmiał się w duchu na myśl o wymienieniu Komety. Mimo że to tylko miotła, wygrywał z nią każdy mecz i nie widział siebie jako zwycięscy grając na innej. Można by rzec, że była amuletem.
Padł na łóżko, którego tak długo wyczekiwał. Materace szkolne, mimo że stare i zużyte zawsze wydawały się Robbiemu wygodniejsze niż na to wyglądały. Co prawda skrzypiały niemiłosiernie przy każdym ruchu, a w szczególności, to należące do Freda, ale Jackson nigdy nie miał wysokich standardów. Spojrzał na Amy i Jamesa, śpiących odkąd przyszedł na ziemi. Nie było to dziwnym widokiem. Potter jak zawsze chciał zapić problemy, nikt już nawet nie próbuje mu wyjaśnić, że to nic nie da, nawet Amy, która tym razem postanowiła mu towarzyszyć, a nie prawić kazania. Przyjaźń tej dwójki nie ograniczała się do przytakiwania jak wiele w tej szkole. Kiedy jednemu z nich coś nie pasowało, potrafił w prost powiedzieć to drugiemu, chyba jest to ich największym fenomenem. Dziwaczne było dla Robbiego też to , jak oni ze sobą żyli. Jackson zawsze uważał, że widzi linie między przyjaźnią, a byciu parą, ale kiedy przyglądał się relacjom Jamesa i Amy nie był do końca pewny, czy aby na pewno wszystko dobrze rozumie.
Mimo wszystko on na tyle bliskich kontaktów jeszcze z nikim nie miał.
Ześliznął się z łóżka, bardzo niechętnie. Świat z perspektywy leżącej wydawał się piękny, prawie idealny. Delikatnie szturchnął kilka razy dziewczynę, błagając w duchu, aby obudziła się w dobrym humorze. Pamiętał doskonale co się stało, kiedy ostatnio ją tak budził, teraz na szczęście jedyne co zrobiła, to wymruczała od niechcenia jakieś zdanie, dla Robbiego nie do odszyfrowania i wymaszerowała z dormitorium przy okazji zahaczając o framugę drzwi.
-Słysze, że nie masz zbyt przyjaznego humoru- z łazienki wyszła Lucy, przebrana w czerwono-czarny kostium do Quidditcha właśnie wiązała ciaśniej włosy w wysoką kitkę. Spod łóżka wyciągnęła świeżo wypolerowaną miotłę, która była wyższa o kilka cali od blondynki.
-Można powiedzieć, że to po prostu zły dzień. Chce ci się dzisiaj ćwiczyć?- dodaje marszcząc brwi w przekonaniu, że dzisiaj chyba jedynie ona ma parszywy nastrój. Może to przez ten nawał referatów? Dziewczyna zaprzecza głową i wydaje dźwięk przypominający mieszankę warknięcia złości oraz westchnienia zrezygnowania. Amy była prawie pewna, że ten dźwięk pożyczyła od swojego kota.
-Niestety Mia Hughes została kapitanem i postanowiła już w pierwszym wolnym terminie urządzić nabór do drużyny.- skrzywiła się na twarzy, bo mimo że kochała grać w Quidditch'a dzisiaj była na to, po prostu za ładna pogoda. -Połowę drużyny złapała już rano i zagoniła ich do papierkowej roboty, James ani Robbie ci nie powiedzieli? Współczuje im, zebrała ich zaraz po śniadaniu. No ale ktoś musiał przejrzeć i poukładać wszystkie formularze zgłoszeniowe. Dobrze, że tym razem nie byłam to ja, bo ponoć zgłosiło się większość czwarto i piąto klasistów.- ułożyła usta w zirytowany uśmiech, czego nie można było się jej dziwić. Były jedynie dwa wolne miejsca w drużynie, a obejrzenie gry uczniów ze wszystkich zgłoszeń zajmie godziny.
-Zaczekaj na mnie, też idę.- krzyknęła Amy do blondynki, kiedy ta wychodziła z pokoju.
Na trybunach stadionu szybko wypatrzyła rudą czuprynę Freda. Machał energicznie do Robbiego i Jamesa stojących już w rządzie za brązowowłosą Mią. Spora grupa uczniów z miotłami wyciszyła się natychmiast po ostrzegawczym krzyku Hughes. Nawet u samej Amy dziewczyna budziła szacunek będąc jednocześnie prefektem, kapitanem i utrzymując wybitne stopnie w nauce oraz udzielając się w każdej imprezie w domu gryfonów.
-Słuchajcie panienki, Quidditch nie jest dla każdego z was. Ćwiczenia odbywać się będą dwa razy w tygodni, niezależnie od pogody, czy waszych humorków. Za każde spóźnienie karać będę dziesięcioma kółkami biegu wokół boiska i nie wypuszczę was z treningu, aż tego nie zrobicie. Nie myślcie o jakichkolwiek taryfach ulgowych przez wzgląd na SUM'y, czy OWuTeMy. Puchar Quidditcha, do tego dążymy i nie pozwolę w tym roku nam go odebrać, zrozumiano? Jeśli ktoś wie, że nie da rady, niech stąd odejdzie, póki nie jest za późno.- spora grupa piątoklasistów wpełzła na trybuny, ze zrezygnowanymi i zniechęconymi minami. Tłum co prawda się zmniejszył, ale i tak zostało sporo uczniów z praktycznie każdego roku. Amy wymownie spojrzała na siedzącego obok niej rudzielca i zaśmiała się pod nosem. Takiej Hughers nie znała.
-Skoro mamy to już z głowy, reszta słuchać mnie. Chętni na pałkarzy idą za Jacksonem, ścigający za mną.- tłum chaotycznie rozszedł się w dwóch kierunkach. Wśród uczniów Amy przyuważyła Rose, niestety z dość niepewną miną nie wydawała się mieć jakichkolwiek szans. W duchu Blackówna trzymała za nią kciuki.
Eliminacje pałkarzy wyglądały następująco. Najpierw Potter i Jackson po prawej stronie wytłumaczyli zwięźle zasady. Każdy ze zgłoszonych osób musiał przelecieć przez długość boiska, odbijając na zmianę z Jamesem tłuczki, czego brunet nikomu nie ułatwiał uderzając je na różne strony pola, a Robbie oceniał możliwości kandydata. Następnym etapem było przebicie tłuczka przez okrąg trzymany przez Jacksona. Dla utrudnienia, James wybijał piłkę na różne strony boiska. Cztery ostatnie ostałe osoby stoczyły ze sobą mały mecz w odbijanie tłuczków. Oceniała to już Mia, która wyrwała się na chwilę z eliminacji ścigających. Ostatecznie nowym pałkarzem został piątoklasista o kruczych, długich włosach.
Eliminacje ścigających były o wiele bardziej ekscytujące. Hughers na początek postawiła obrońce i kazała każdemu strzelić. Co prawda mało któremu się udało, ale to wina wprawy Deana. Później kazała im się ścigać, oceniała to Lucy i była bezlitosna wywalając połowę ochotników. Ostatkami zajęła się Mia wymyślając na poczekaniu trudny układ podań, który kazała im powtórzyć z nią samą w parze. Udało się jedynie jednej osobie, i to on został ścigającym, czwartoroczny Tom Stone.
Całe eliminacje trwały trzy godziny, trzy bolesne godziny siedzenia w jednym miejscu. Amy przeklinała się w duchu, że nie wyszła w połowie, jednak chciała zobaczyć jak będzie wyglądał pełen skład gryfonów w tym roku. Nie była zachwycona. Tom nie dorównywał umiejętnościami zeszłorocznemu ścigającemu na którego miejsce wskoczył, a bez werwy i pozytywnego myślenia poprzedniego pałkarza może być słabo z ambicjami drużyny.
Fred z kpiącym uśmiechem przypatrywał się obolałej dziewczynie, mimo że sam lepiej się nie czół. Dogryzanie Amy było jednym z tych zajęć, które sprawiały mu anormalną radość. Żywiołowa dziewczyna nie potrafiła przejść obojętnie obok obelg, nawet tych żartobliwych od przyjaciół. Black podczas drogi z uwagą wysłuchała historii Weasley'a o kolejnej kłótni w związku Jamesa i Alice, znowu zainspirowanym jej osobą. Było jej niesamowicie wstyd, że jej rozmowa z Jamesem może być powodem końca jego ponad rocznego związku. W głowie wyobrażała sobie najgorsze. Może Potter teraz, po prostu ma jej dość i już się do niej nie odezwie? Kiedy wyjawiła tą myśl Fred zaśmiał się głośno przystając na chwilę. Nie wierzył, ta że Amy Black mogłaby pomyśleć, że James Potter może ją znienawidzić. Przecież chyba wie, że jest jego małą, najlepszą przyjaciółką, prawie siostrą. Weasley w duchu zazdrościł tej dwójce. Zżerało go jak bardzo Amy i James są ze sobą zżyci. Najbardziej uderzała go, kiedy dwójka wygłaszała długie dyskusję wręcz nie zauważając Weasley'a, tak jakby był częścią scenerii zamku, posągiem na korytarzu obok którego można przystać i podyskutować. A kiedy, jak zazwyczaj co rano Amy poprawiała niechlujnie ubrany mundurek Jamesa, a on w odpowiedzi rozpuszczał jej włosy, kradnąc kolejną gumkę i podrzucał na talerz więcej jedzenia, mówiąc jak wychudzona jest Black, Fred był skazany na rozmowy o Quidditchu z Robbim, ewentualnie z Lucy bądź wysłuchiwaniem długich monologów Sophie, po których zawsze czół się, jak po przejechaniu przez pociąg. Ale mimo że uważał przyjaźń Jamesa i Amy za niesprawiedliwą, nigdy nie ośmieliłby się wejść między ich relacje. Bo ta wręcz chora przyjaźń, bez której możliwe, że żadne z nich, by nie przeżyło niemal tygodnia, była jedną z silniejszych więzi, jakie widział kiedykolwiek.
Siedząc na łóżku Jamesa czekała aż łaskawie skończy brać prysznic. Zajmował łazienkę już kilka długich minut, więc zdążyła przetrząsnąć jego szafkę nocną i ze smutkiem stwierdzić, że nie ma ani niczego smacznego, ciekawego albo chociaż śmiesznego. Co jedynie mogła to się położyć i czekać na zbawienie. Nie mogła powiedzieć, że czekanie ją męczyło, lubiła przebywać w dormitorium chłopaków. Nie pachniało tu mdłą mieszanką kwiatowych potpurri i perfum, a z sąsiedniego pokoju nie słychać cienkich, wręcz piskliwych chichotów. Co prawda były wady. Gdyby któryś z nauczycieli ją przyłapał na spędzaniu czasu w tym pokoju miałaby spore kłopoty, a szorstki zapach dymu na schodach męskiego dormitorium gryzł niesamowicie w nos. Amy zawsze ma jedynie nadzieje, że to nie jest smród jednego z mugolskich używek, o którym jakże dużo słyszała i nie ma tym razem na myśli nikotyny.
-Amy, śpisz?- długo wyczekiwany James wyszedł z łazienki ubrany jedynie w spodnie, a z mokrych włosów skapywały mu krople wody.
-Nie.- usiadła po turecku poprawiając włosy związane w kitkę. Lubiła je wysoko spinać, było jej wtedy wygodniej, a niechciane kosmyki nie buntowały się padając na oczy. -James, przepraszam za Alice.- Powiedziała cicho oglądając jak brunet zakłada zielony T-shirt. Spojrzał na dziewczynę markotnym wzrokiem, szybko jednak się uśmiechnął.
-Ej, nic się nie stało. Jutro z nią pogadam i będzie jak wcześniej- skłamał na poczekaniu z pełną świadomością, że Alice tym razem nie odpuści mu tak łatwo. James nigdy nie lubił oglądać płaczących dziewczyn, zwłaszcza przez niego i tym bardziej, że tym razem miała to być Amy. Oczy dziewczyny wpatrywały się w niego szeroko otwarte szybko, jednak opanowała się i uśmiechnęła lekko.
-Wiem co ci poprawi humor. Co ty na to , by przyczepić meble Filcha do sufitu? Będzie fajnie, no chodź- wskoczyła na nogi uśmiechając się wręcz szaleńczo drepcząc do drzwi, James jednak nie ruszył się z miejsca. Widok starego, łysego Filcha nie był zachęcający dla bruneta, a wizja możliwości przyłapania jeszcze bardziej zniesmaczała. Woźny po utracie kotki, stał się jeszcze surowszy i kary jakie zadawał dla młodych czarodziei były przerażające. Na drugim roku kazał Jamesowi, Amy i Fredowi wyszorować cały korytarz na szóstym piętrze szczoteczkami. Nawet gdyby wtedy znali zaklęcie czyszczące nie mieli, by jak go użyć, bo Filch pilnował, aby odpowiednio wykonywali karę.
-Nie, darujmy sobie żarty i po prostu napij się ze mną- Wyciągnął spod szafy butelkę Ognistej Whiskey i usiadł na ziemi, opierając się plecami o bok łóżka.
-Ale tylko jedną butelkę- powiedziała ostrzegawczo i usiadła, tak jak James, tyle że przy łóżku naprzeciwko chłopaka. Ognista w smaku nie była czymś wyśmienitym, co można, by pić codziennie. Niesamowicie piekła gardło, a słodowy posmak pozostawał na długi czas w ustach. Co jedynie przyjemne ciepło, od gardła po żołądek dawał mikre wrażenie komfortu. Amy już po kilku łykach zaczęła wesoło wspominać tegoroczne wakacje. Kiedy ognista się skończyła położyła się na ziemi, a nogi uniosła i oparła je na łóżku wysyłają brunetowi szeroki uśmiech. James ułożył wygodniej łokieć o jej nogi dogłębnie wypytując co Amy chciałaby dostać na święta.
Pokój wspólny gryfonów jak co weekend był przepełniony. Grupa pierwszorocznych wesoło zajadała jakieś łakocie na tapczanie zaraz przy wyjściu, co chwile głośno wybuchając śmiechem, a kilku piątoklasistów pracowało nad referatami przy stolikach. Fred i Dave, okupujący tapczan przy kominku grali w eksplodującego durnia, a na pobliskim, im fotelu czytała Sophie, z jak zawsze nienagannie ubranym mundurkiem. Kogo jak kogo, ale tą blondynkę w innym stroju można było zobaczyć jedynie w Hogsmede, jeśli oczywiście w ogóle się wybrała, bo miasteczko nie należało do jej ulubionych miejsc.
-Gdzie macie trójkę swoich wiernych towarzyszy?- Przez oparcie, na wolne miejsce obok Freda, wskoczyła blondwłosa Lucy w niechlujnie założonym mundurku. Przez jej poluzowany krawat, odpięte dwa pierwsze guziki koszulki, brak sweterka, rozwiązaną sznurówkę u jednego z butów oraz jaskrawo-czerwone getry wyglądała jak wyrośnięta pierwszoklasistka.
-James i Amy gadają w dormitorium- odpowiedział pośpiesznie Fred i złapał za jedną z kart leżących na tapczanie. -Nie wychodzą od kilku godzin- dodał uśmiechając się perfidnie w stronę Dave'a
-A Robbie jest na boisku Quidditch'a- wtrącił Morgan i odskoczył, kiedy jedna z kart wybuchła mu w ręce. -Jeszcze ćwiczy
-Że też mu się chce- mruknęła pod nosem rozglądając się po pokoju. Ona sama po naborze miała już dosyć gry jak na jeden dzień, w duchu poczuła respekt do szatyna i jego zapału.
-Nie to, żeby miał jakiś wybór. Robbie cierpi na bezsenność, jeśli nie spożytkuje dziennej energii, a umie to robić tylko grając w Quidditch'a- wyjaśnił sprawnie tasując karty. Dwójka pierwszorocznych przebiegła tuż przed fotelem i wskoczyła na schody męskiego dormitorium.
-I od kiedy on tak robi?- zaciekawiona szukająca zmarszczyła brwi. Machinalnie poprawiła swoją wysoką kitkę.
-Od stycznia zeszłego roku- wtrąciła się Sophie przewracając stronę książki nawet nie spoglądając na towarzyszy. -Średnio trening zaczynał o 16, a wracał o 21, ale jak mówiłaś dzisiaj były jeszcze eliminację, więc zapewne zaraz wróci. Słabo z wami, skoro tego nie wiecie- dodała spoglądając na dwa zegarki, które zawsze nosiła jeden pod drugim na lewym nadgarstku. Tak jak powiedziała, pokrótce do pokoju wszedł szatyn. Umazany w trawie ciągnął za sobą miotłę tak, jakby ważyła kilogramy. Bez słowa minął czwórkę i wszedł do dormitorium lekko potykając się o stopnie. Nikt nie odważył się powiedzieć do niego, chociaż jednego słowa.
-I on tak codziennie?- Harvey mruknęła cicho zakładając ręce za głowę. Co jak co, ale tyle godzin ćwiczeń, to nawet niezniszczalna Mia by nie wytrzymała.
-Wiesz, kilka godzin dodatkowego treningu, to chyba odpowiednia cena za dobry sen, prawda?- odpowiedziała rzeczowo Sophie i zaczesując włosy do tyłu wróciła do czytania.
-Rozumiem o co chodzi, ale nie próbował innych metod?- zwróciła się do chłopaków, którzy co jedynie wzruszyli ramionami. Fred spojrzał na nią zamyślając się chwile nad odpowiedzią
-Wcześniej brał eliksir słodkiego snu, ale ponoć przestał działać- podrapał się po głowie jeszcze raz wzruszając ramionami.
-Nie bądź głupi. To przecież naturalne. Jak bierze się jakiś lek od dziecka, to człowiek prędzej, czy później się od niego uodparnia.- powiedziała spokojnym, jednolitym tonem Sophie i wstała otrzepując spódnicę mundurka. Lucy często łapała się na myślach, że chciałaby być taka jak ona. Ładna, przepełniona wiedzą, delikatna, zachowywać się jak dama, a przy tym wychodzić na delikatnie wyrachowaną. Niczym kobiety za czasów Oświecenia.
-Idziesz do dormitorium?- platynowłosa dziewczyna uniosła brew spoglądając na Harvey. Szukająca niemal natychmiast wstała i poczłapała za Williams schodami na górę.
Robbie delikatnie oparł miotłę o ścianę obok łóżka. Jego Kometa 540 była już strudzona, o porysowanym uchwycie i odpryskującym lakierze, mimo to uwielbiał ją. Było wiele lepszych mioteł na rynku, szybszych, stabilniejszych, z większymi możliwościami, ale sam Jackson wyznawał zasadę- Nie ważne jaki sprzęt, liczą się umiejętności. Zaśmiał się w duchu na myśl o wymienieniu Komety. Mimo że to tylko miotła, wygrywał z nią każdy mecz i nie widział siebie jako zwycięscy grając na innej. Można by rzec, że była amuletem.
Padł na łóżko, którego tak długo wyczekiwał. Materace szkolne, mimo że stare i zużyte zawsze wydawały się Robbiemu wygodniejsze niż na to wyglądały. Co prawda skrzypiały niemiłosiernie przy każdym ruchu, a w szczególności, to należące do Freda, ale Jackson nigdy nie miał wysokich standardów. Spojrzał na Amy i Jamesa, śpiących odkąd przyszedł na ziemi. Nie było to dziwnym widokiem. Potter jak zawsze chciał zapić problemy, nikt już nawet nie próbuje mu wyjaśnić, że to nic nie da, nawet Amy, która tym razem postanowiła mu towarzyszyć, a nie prawić kazania. Przyjaźń tej dwójki nie ograniczała się do przytakiwania jak wiele w tej szkole. Kiedy jednemu z nich coś nie pasowało, potrafił w prost powiedzieć to drugiemu, chyba jest to ich największym fenomenem. Dziwaczne było dla Robbiego też to , jak oni ze sobą żyli. Jackson zawsze uważał, że widzi linie między przyjaźnią, a byciu parą, ale kiedy przyglądał się relacjom Jamesa i Amy nie był do końca pewny, czy aby na pewno wszystko dobrze rozumie.
Mimo wszystko on na tyle bliskich kontaktów jeszcze z nikim nie miał.
Ześliznął się z łóżka, bardzo niechętnie. Świat z perspektywy leżącej wydawał się piękny, prawie idealny. Delikatnie szturchnął kilka razy dziewczynę, błagając w duchu, aby obudziła się w dobrym humorze. Pamiętał doskonale co się stało, kiedy ostatnio ją tak budził, teraz na szczęście jedyne co zrobiła, to wymruczała od niechcenia jakieś zdanie, dla Robbiego nie do odszyfrowania i wymaszerowała z dormitorium przy okazji zahaczając o framugę drzwi.
~*~
Rozdział jak to rozdział, chyba dłuższy od poprzedniego. Opisywanie gry w Quidditcha nie wychodzi mi za dobrze, ale starałam się jak mogłam- niech ktoś to ma na uwadze wspominając tamten fragment. Nie jestem pewna co zrobić z postaciami takimi jak Meg, Dave i Alex. Stworzyłam, bo musiałam kogoś dać do dormitorium [musi być po 10 osób na każdym roku], a i tak u chłopaków brakuje jednego lokatora.
Dzisiejszy dzień oceniam na Velvet Underground- Venus in Furs
~Pozdrawiam Kosiarka Storkotek
zmiana szablonu to żaden problem, nie bądźmy niepoważni :) gorzej, że tylko dwie nocie tutaj są - będzie więcej? bo dwójkę tak głupio oceniać, człowiek nawet nie za bardzo załapie co gdzie jak, a już koniec.
OdpowiedzUsuńlysia
nie ma sprawy, mnie się nie spieszy :)
OdpowiedzUsuńi co, pysiu? oceniamy czy czekamy dalej?
OdpowiedzUsuń